Dieta: planowanie i konsekwencja

To będzie długi post, może trochę chaotyczny, bo wypadłam z rytmu pisania esejów a po drugie nie mam zbyt wiele czasu na tę przyjemność, jaką jest ten blog. Niemniej jednak dostałam od Was sporo zapytań o dietę o jedzenie i takie tam podobne tematy. 



Na początku chciałabym zaznaczyć, że nie jestem żadnym dietetykiem ani osobą, która specjalizuje się w dobieraniu diet. Mogę tylko na własnym przykładzie opowiedzieć wam o tym, co sprawdza się u mnie.

Nie dam Wam też żadnej złotej rady, którą, gdy zastosujecie to schudnięcie, bądź pozbędziecie się nadmiernych kilogramów - to nie tak wygląda. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele osób dużą uwagę przykładam do tego jak wygląda, ile waży i czy waga się zmienia, czy nie ale są też osoby, którym kompletnie na tym nie zależy. Sama jestem osobą, która jako nastolatka miała problemy z racjonalnym żywieniem (delikatnie mówiąc). Jako nastolatka mocno schudłam, ograniczałam jedzenie i dużo ćwiczyłam. Mogłabym napisać książkę na ten temat. Na temat moich problemów w tym temacie. To były czasy liceum, na studiach moja waga falowała. Raz chudłam, raz tyłam. Potem ciąża, jedna, druga i waga znowu podskoczyła.

Mój problem jest taki, że mam figurę jabłka i tyję na brzuchu. Do tego mam endometriozę i to też wpływa na to, że mój brzuch jest zazwyczaj wzdęty.

Pogodziłam się z tym a może lepiej będzie jeśli powiem że zrozumiałam z czego wynika moja budowa. Wpływ mają na to geny, kwestie hormonalne i zdrowotne. Mam taką, a nie inną budowę ciała i muszę się bardzo pilnować.

Wystarczy, że odpuszczę na chwilę i waga skacze do góry. Z reguły sobie radzę, ale ostatnio po prostu zapędziłam się w kwestiach żywieniowych zaczęłam sobie pozwalać na różne smakołyki typu pizza - fakt faktem domowa, ale dwa razy w tygodniu i do tego podwójna ilość sera. Kierowałam się myśleniem - „w sumie mało zjadłam przez cały dzień to sobie zjem więcej tego sera na kolację na tej pizzy”. Rano chłopcy jedzą owsiankę no to ja oczywiście też i wiadomo mleko 3,5% do tego troszkę soli jeszcze dodatkowo cukier no bo smaczniejsze i wydawało mi się, że to jest zdrowe śniadanie. Bo na ogół jest to zdrowe śniadanie, ale gdyby wyciągnąć z tego mleko 3,5% cukier i sól byłoby jeszcze zdrowsze. Później mamy jakąś przekąskę banan, jabłko czasami kawałek ciasta, bo mama upiekła i akurat zostało więc szkoda, żeby się zmarnowało a przecież to tylko mały kawałek. No i potem wiadomo obiad, czyli zupa, drugie danie po obiedzie fajnie jakąś czekoladę zjeść, bo spada poziom cukru i jestem senna, więc dobrze jest się czymś dosłodzić. Potem po takim obiedzie czuję się najedzona i syta więc mówię sobie, że będę jadła lekką kolację i faktycznie zjadam lekką kolację typu sałatka z pomidora, ogórka, trochę fety. I przychodzi wieczór a ja znowu jestem głodna. Mega głodna. Godzina 20:00 czasem 21:00 pytam męża, czy nie ma jakichś czekoladek schowanych przed chłopakami, bo coś bym zjadła i jeśli ma - no to zjadamy kilka, a jeśli nie, to chodzę i szukam po wszystkich szafkach co by tu zjeść :) 

I tyje, oczywiście na brzuchu. I moja frustracja narasta, bo przecież jem zdrowo. Nie jem dużych porcji. Słodkie niby wcale… ale takie podjadanie jest najgorsze. Do tego ostatnio pozwoliłam sobie na brak kontroli wszelkich dodatków, czyli jajko na śniadanie z łyżką majonezu - przecież to tylko łyżka, jak makaron z czosnkiem i pomidorami to zamiast łyżki masła dwie , albo myślę sobie - wleję jeszcze trochę tej śmietanki do zupy będzie lepsza. I wiecie o co mi chodzi o to „trochę” o „mały kawałek przecież”. Z tego „trochę” robi się coś wielkiego. I wiecie co? Ostatnio musiałam sobie usiąść i zastanowić się co ja takiego robię źle, co mogę zrobić by było lepiej.

I olśniło mnie, moim-problemem jest brak planu, konsekwencji i nieprzemyślane posiłki. Najbardziej denerwowało mnie to, że po całym dniu jedzenia wydawać by mi się mogło zdrowych rzeczy ja na wieczór jestem mega głodna, ale to wiecie tak głodna, że zjadłabym konia z kopytami. Tutaj druga pułapka, czyli wynagradzanie wszelkich trudów całego dnia jedzeniem. Wiecie coś w stylu kurczę miałam ciężki dzień ciężką rozmowę w pracy, jestem taka zmęczona należy mi się przecież coś dobrego na koniec dnia i to coś dobrego mnie praktycznie dobijało. Mega tosty z serem, zapiekanki, chipsy bądź garść albo dwie a może i trzy popcornu no i potem najedzona idę spać. Mamy kolejny dzień zaczynam z myślą dobra pijemy zdrowy koktajl owocowy bo przecież na wieczór zaszalałam i już zjadłam więcej, to muszę sobie to jakoś teraz zredukować potem wiadomo przekąska obiad i jestem w tym samym miejscu.

Tydzień temu usiadłem przy stole w kuchni otworzyłam komputer i zaczęłam myśleć i mówię: „coś muszę z tym zrobić”, bo jak coś nie idzie to najpierw trzeba pomyśleć zastanowić się. I olśniło mnie. Przecież ja muszę sobie te posiłki zaplanować, zabrać do pracy odpowiednią ilość jedzenia, żebym nie była głodna i nie sięgała po jakąś czekoladkę czy batonika przy spadku energii. Rozplanować to też tak, żebym przez cały dzień dostarczyła mojemu organizmowi tyle ile on faktycznie potrzebuje do funkcjonowania i żebym na wieczór nie rzucała się na lodówkę i jadła z poczuciem wynagradzania sobie ciężkiego dnia.

I zaczęłam szukać.

Znalazłam stronę na stronie Dr Lifestyle i różne diety autorki. Płatne i bezpłatne. Postanowiłam wypróbować tę bezpłatną. Kalkulator zapotrzebowania kalorycznego pokazał mi, że dieta 1500 kcal powinna być dla mnie odpowiednia. Wydawało mi się, że jest tego jedzenia bardzo dużo i że ja nie jadam aż tyle. I faktycznie jest tego dużo, ale nie jestem głodna w ciągu dnia. Nie podjadam między posiłkami i nie rzucam się na lodówkę wieczorem. Sukces! Jem 5 racjonalnych posiłków. Wszystko mam zaplanowane, porcje jedzenia przygotowane wcześniej. To działa! PLANOWANIE i KONSEKWENCJA (dwa magiczne słowa). Kolejny raz potwierdza się, że planowanie swojego działania i konsekwencja jest matką wielu sukcesów. 

Już po tygodniu moje samopoczucie było lepsze, mniej czasu byłam zmęczona, mam trochę więcej energii w ciągu dnia, nie miałam ochoty na słodycze i nie rzucałam się wieczorem na lodówkę.

Nie zamierzam żyć w celibacie jedzeniowym o nie, za bardzo kocham jedzenie. Tę dietę traktuję bardziej jako punkt przełomowy. Zatrzymanie się na chwilę, by wrócić na właściwe tory. Takie wiecie zaprogramowanie się na nowo i pozbycie się złych nawyków. Chyba mam silną wolę, bo nie miałam problemu, by od razu wpaść w nowy rytm.

Bardzo Wam polecam taką analizę własnego żywienia (jeśli oczywiście czujecie taką potrzebę). Ja z doświadczenia wiem, że zwykłe ograniczenie jedzenia nic nie daje, albo jest to efekt chwilowy. Racjonalne żywienie, planowanie posiłków na miarę tego, co spalamy w ciągu dnia - TAK. Trzeba się zastanowić kiedy ja jestem najbardziej głodna, czemu sięgam po czekoladę, ciastka i czemu ciągle mam uczucie głodu. Może organizm dostaje ode mnie za mało tego co powinien i po prostu cały czas się tego domaga. Czasem mała zmiana może zdziałać naprawdę dużo. A wszystko zaczyna się w naszej głowie. 

Uściski! 

ps. przepraszam za błędy, chciałam Wam to wrzucić, bo czekacie a  nie mam już chwili by to sprawdzać ponownie. 

3 komentarze

  1. Bardzo ciekawy post, u mnie podobna sytuacja.

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie niestety brakuje konsekwencji. Dwa tygodnie diety, dwa tygodnie luzu :/

    OdpowiedzUsuń
  3. Asiu, bardzo mądry post, widzę w nim siebie. Czytało się bardzo lekko i przyjemnie. Ja żadnych błędów nie widziałam :P Pozdrawiam! dziękuje za motywację :)

    OdpowiedzUsuń